No i zaczęły się emocje. Pierwsza runda Playoffs! Tak jak pisałem ostatnio tak też się stało, w tej rundzie musimy zmierzyć się z Houston Rockets. Po fatalnym zakończeniu sezonu zasadniczego, którego podsumowanie zobaczycie wkrótce (albo po Playoffs), musieliśmy wrócić na właściwy tor. I chyba to zrobiliśmy, chociaż nasz atak nie prezentował się tak jak chcieliśmy. Nasza obrona za to, była bardzo dobra jak na nasze standardy i na standardy Playoffs była przyzwoita. Jak można zauważyć w tej fazie rozgrywek daję więcej minut starterom, którzy robią to co w ich mocy, żeby drużyna wygrała mecz. Dzisiaj tylko Randolph miał faul-trouble, co spowodowało wydaleniem z boiska w końcowych minutach. Znakomity mecz rozegrał Gay, który prawie zaliczył triple-double: 22 punkty, 9 zbiórek, 7 asyst oraz uwaga 3 bloki. Reszta zawodników dorzuciła, co było trzeba i tak po ciężkim meczu rozpoczęliśmy fazę pucharową od wygranej.

W końcu zagraliśmy mecz na nasze możliwości. W końcu zagraliśmy tak jak podczas najlepszego miesiąca sezonu zasadniczego. Rudy Gay ciągnie nasz zespół w tych Playoffs a inni są jakby na drugim planie, ale także grają dobrze. Dzisiaj zaliczyliśmy nasz najlepszy mecz, jeśli chodzi o rzuty za trzy. Rzuciliśmy 13 z 23 rzutów! Na obwodzie błyszczał Gay 5-9, Young 2-4 no i oczywiście Conley 3-4. Defensywa nie była już aż tak dobra jak ostatnio, ale ja zawszę mówię, że wolę wygrać mecz ofensywną dominacja niż defensywnym terrorem. Stan serii 2-0. Teraz Rockets mają nóż na gardle.


Co pokazał kolejny mecz? To, że Rakiety są wyjątkowo mocne u siebie, to że mają potencjał w ataku większy niż my i przypomniał nam, że nasza obrona stoi na żenująco niskim poziomie. Wyrównana pierwsza połowa przerodziła się w masakrę w drugiej części i tak polegliśmy 157 do 116! Rakiet nie można zatrzymać i widać to coraz lepiej. Przynajmniej ja nie znam sposobu. Thabeet nie radzi sobie z Yao, Luis Scola robi co chce, Jermaine O’Neal gra jak w sezonie 03/04. Please! Give me a brake. Tak nie może być. W tym meczu widać było też jak Yao + Scola/O’Neal dominują trumnę. Nasi wysocy nie mają tam prawa bytu, więc za punktowanie musi brać się obwód. Nie jest za dobrze…


Kolejne spotkanie wyjazdowe i kolejna przegrana. Tym razem zawiódł atak a nie obrona, chociaż w obronie, tak jak zawsze, mogliśmy zagrać lepiej. Mayo robi się takim zawodnikiem pierwszej kwarty. Rzuca 13 punktów a potem dorzuca 6 w następnych częściach, gdzie potrzebujemy mocnego arsenału. Rudy Gay za to na odwrót – w pierwszych trzech kwartach 5 w ostatniej 10. Najrówniejszym zawodnikiem był Iverson, po raz to któryś już z rzędu. W następnym meczu wracamy do domu.

Co tu dużo mówić. Widzowie, którzy oglądają tę serię nie mogą narzekać na brak ofensywy. Kolejny wyrównany mecz, podobny do pierwszego, ale tym razem to my zawaliliśmy a można powiedzieć, że szczęście się do nas uśmiechnęło w ostatnich sekundach. Przez prawie cały mecz byliśmy w tyle, by znowu podjąć próbę przejęcia spotkania w ostatnich minutach. I prawie nam się to udało. Po wykonanym osobistym piłkę wprowadzać do gry miał Yao. Mayo przeciął linię podania i przechwycił piłkę podając na obwód do stojącego tam Thabeeta. Niestety ten z piłką nie mógł nic zrobić i podał ją O.J’a uciekającego od Arizy. Niestety nie uciekł dostatecznie daleko i nie trafił rzutu za trzy. Później już Rakiety dobiły nas osobistymi. Jeśli nie wygramy następnego spotkania bilans meczów z nimi w przeciągu całego sezonu wyniesie 6-2 no i oczywiście odpadniemy z rozgrywek. Po całym sezonie ciężkiej pracy…

Ostatni niestety już mecz serii był wyrównany aż do końca. Całkiem niezła gra z obu stron, znowu atak przyćmiewał obronę i znowu Yao terroryzował pomalowane. I to on rzucił wygrywający serię rzut dla Rakiet. Ale po kolei. Cały mecz upłynął pod naszym panowaniem. Niezbyt dużym około 6-8 punktów, ale czuliśmy się pewnie. Chyba za bardzo. W ostatniej kwarcie gospodarze zaczęli nadrabia straty, nasi zawodnicy nie mogli nic rzucić, ale w końcu sytuacja się ustabilizowała. Jest remis 112-112, 20 sekund do końca. Houston przeprowadza kację. Na dwie sekundy do końca piłka ląduje w ręce Yao a ten po chwili rzuca nad dłońmi Gasola i Haddai’ego. Trafia, pozostaje 0,4 sekundy do końca. Jak można było się spodziewać Gay nie zdążył oddać rzutu. Nasza przygoda skończyła się w pierwszej rundzie.


Grizzlies 2:4 Rockets